Maroko, Atlas Wysoki - rozgrzewka przez Jebel Tobkalem

Moderator: Moderatorzy

Avatar użytkownika
PannAga
 
Posty: 8
Dołączył(a): Pt 21 sie, 2015
Lokalizacja: Ustroń
Ulubione góry: Tatry, Atlas Wysoki, Kaukaz, Mała Fatra, Beskidy

Maroko, Atlas Wysoki - rozgrzewka przez Jebel Tobkalem

Wt 19 mar, 2019

Atlas Wysoki jest dostępny dla wszystkich, bez względu na poziom kondycji. Oferuje trasy raczej łatwe, z pięknymi panoramami i smacznymi energetykami po drodze (więcej o nich w dalszej części wpisu). :) Kiedy Waszym wyjazdowym celem będzie Maroko i góry Atlasu Wysokiego, zostańcie w nim kilka dni dłużej. Ja potraktowałam swój pobyt w górach jako rozgrzewkę przed wejściem na Jebel Toubkal. Oczywiście bez tego, też dałabym radę, ale dzisiaj wiem, że pobyt w górskich wioskach i te nie wymagające wielkiej kondycji szlaki, pozwoliły odpocząć od zgiełku marokańskich miast i upierdliwości arabskich sprzedawców. Mijając wioski, mogłam podglądać codzienne życie ich mieszkańców, pokłuć się przy zrywaniu opuncji, zajadać się soczystymi jabłkami i popijać najlepsze na świecie soki z pomarańczy. ;) Przy okazji zrobiłam mnóstwo zdjęć, dlatego zapraszam Was na wędrówkę w malowniczy region Atlasu Wysokiego. Po więcej wpisów zapraszam na stronę: https://www.zgoramiwtle.pl

Imlil. Nie tylko Toubkal, czyli trekking w Atlasie Wysokim - część pierwsza

Dystans: ok. 18 km,
Czas przejścia ok. 7 h
Trasa: Imlil - Ait Souka - Tamatert - Tizi n’ Tamatert - Ikkis - Aguersioual - Imlil
Przewyższenie: 708 m
Start: 1650 m n.p.m. - Imlil - miejsce naszego zakwaterowania
Najwyższy punkt na trasie: 2358 m n.p.m. - przełęcz Tizi n’ Tamatert
Obrazek

Zaczęliśmy dzień bez budzika, więc po skromnym, ale smacznym śniadaniu, spakowaliśmy do plecaków najpotrzebniejsze rzeczy.
Obrazek
Przeszliśmy przez całą wioskę, która po 9 rano dopiero budziła się do życia. Minęliśmy kilka małych grup ludzi, część z nich zdecydowała się na wynajęcie przewodnika. A my, z telefonami w ręku i mapami na wyświetlaczach, monitorowaliśmy przebieg trasy.
Obrazek
Czasami łatwo było się pogubić, zwłaszcza między zabudowaniami. Bo trasy wiodą przez wioski, z gęstą zabudową i czasem ciasnymi uliczkami. I w pierwszej takiej, czyli Ait Souka, nie wiadomo skąd, wybiegło na uliczkę stado kóz. Łapczywie rzuciły się na trawę i przekrzykiwały między sobą. I gdyby nie to, że miałam je na wyciągnięcie ręki, pomyślałabym, że to dzieciaki urządziły sobie zabawę na placu. :)
Obrazek
Kiedy wydostaliśmy się z wioski, kilka razy zdarzyło nam się przecinać drogę, którą poruszają się samochody. Nie ukrywam, że wybraliśmy drogę na skróty, która prowadziła między sadami i iglakami. Temperatury dawały się we znaki, więc każdy cień na szlaku był mile widziany. :)
Obrazek
Obrazek
Choć gdybyśmy od początku wybrali wariant dłuższy trasy, czyli drogę dostępną dla samochodów, częściej moglibyśmy nacieszyć oczy panoramami, które wraz ze wzrostem wysokości, powodowały większe rozwarcie naszych źrenic.
Obrazek
Droga do przełęczy Tizi n’ Tamatert minęła dość szybko, więc skusiliśmy się na chwilę przerwy przy najdroższym wyciskanym soku z pomarańczy, jaki piliśmy w czasie całej podróży. ;) Ale było warto! Nie tylko dla soku, ale przede wszystkim dla pięknych widoków.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Po przerwie czekało nas zejście w kierunki wioski Tinerhourhine, przeprawa przez górski potok, delikatne zgubienie szlaku i rozdzielenie się naszego zespołu. Andrzej postanowił powędrować do najwyższej wioski leżącej w Atlasie Wysokim i wrócić tym samym szlakiem.
Obrazek
Obrazek
Andrzej nie uwierzył, że damski skład jest w stanie przejść do Ikkis, zrobić trawers Aourirt n’Ouassif (2725 m n.p.m., na szczyt nie prowadzi znakowany szlak) i wrócić na nocleg bez czołówek. A my, nie dość, że pogadałyśmy z Holendrami, którzy przemierzali Atlas na rowerach, to jeszcze zrobiłyśmy piknik z widokami za milion dolarów, no i wróciłyśmy do hostelu przed Andrzejem, który jednak swojego planu nie zrealizował. Ale o tym dowiedziałyśmy się dopiero po wypiciu mlecznego jabłkowego szejka, przestudiowaniu internetów i delikatnie znudzone już czekaniem w hostelowym lobby na naszego towarzysza, który w swoim plecaku miał klucz do naszego pokoju. :)
Obrazek
Obrazek
Ale wróćmy jeszcze na szlak. Do Ikkis dotarłyśmy po 15. W wiosce jakiś facet zaproponował nam berberyjską herbatkę (miętowa i baaardzo słodka), ale odmówiłyśmy. Z jednej strony nie wiedziałyśmy, ile czasu nam zajmie dotarcie do Imlil, z drugiej nie chciałyśmy płacić kolejnej najdroższej kwoty za napój na wyjeździe. A że nie chciało nam się znów zatrzymywać i targować, ruszyłyśmy dalej. Wkrótce dołączyły do nas dzieciaki, które chętnie wskazywały nam drogę (choć moje mapy.cz radziły sobie świetnie) i pomogły przedostać się przez rzekę. Pod koniec wspólnej przechadzki oczekiwały od nas jakiejś zapłaty. I to był dość niewygodny moment, bo czułyśmy się dosłownie osaczone przez nie, ich wielkie czarne oczy i buzie, które przestały się uśmiechać i stały się mega poważne. Oczywiście nie dałyśmy im pieniędzy - nie chodzi mi o to, że szkoda nam było dirhama (czyli około 45 groszy), ale, jako turyści, nie powinniśmy ich przyzwyczajać do zapłaty za taki gest. A te dzieciaki i tak powtarzały “czoklat”, “czoklat”.... Wiadomo, że w plecaku każdego górołaza jest coś słodkiego, więc nie miałyśmy problemu z tym, żeby podzielić się z nimi ciastkami.
Obrazek
Ufff… Bez pomocy dzieciaków ruszyłyśmy dalej. Zrobiło się cicho i przepięknie. Widzieliśmy jak oddalamy się od Ikkis i jak zielona jest dolina, którą przechodziłyśmy. Na szlaku nie spotkałyśmy żadnego innego stworzenia. Słońce przyświecało, popijałyśmy wodę małymi łykami, bo litr na głowę w przypadku mineralnej to trochę mało.
Obrazek
Obrazek
Dopiero na przełęczy Tizi n’ Aguersioual spotkałyśmy parę Niemców. Chyba pogubili szlaki, schodzili za nami do kolejnej i ostatniej już wioski. I ten ostatni odcinek ciągnął się nam niemiłosiernie. Było gorąco i wietrznie. Wody niewiele. Echo pasących się na zboczach góry kóz niosło się w całej dolinie. W głowie już tylko tadżin, który zamówiliśmy na kolację w hostelu. Do kolacji jeszcze daleko, ale za to w Aguersioual rosły opuncje! Zebrałyśmy więc kilka, kłując się przy tym okropnie. Były przepyszne! Ale o tym przekonałyśmy się dopiero po kolacji, bo żadna z nas nie miała ochoty dobierać się do owoców bez noża.
Obrazek
Obrazek
Z Aguersioual do naszego hostelu, czyli jakieś 1200 metrów (!) podjechałysmy na stopa. :) Pierwszy i jak się okazało, ostatni stop w Maroku. Ale, serio, nie chciało nam się dreptać. Zwłaszcza, że chciałyśmy wypić kawę czy wodę w knajpce, która była na mapie i która w rzeczywistości istniała tylko w mojej aplikacji. :)

Zakończenie trekkingu już znacie. W nagrodę, nasz hotelowy gospodarz wyczarował mleczny szejk jabłkowy. Zmiksowane mleko i jabłko i to wszystko. Proste i dobre. :) Ale tadżin, który zamówiliśmy na kolację, to był gwóźdź wieczoru. Był najpyszniejszy z wszystkich tadżinów, które jadłam w Maroku i zdecydowanie zasłużony po prawie 18 kilometrach! :)
Obrazek

P.S. Trasa, którą przeszłyśmy, nie była planowana. Wyszła dość spontanicznie, z racji tego, że damski skład nie chciał wracać do hostelu tą samą trasą. Bardzo polecam przejście go i spakowanie do plecaka butelki wody mineralnej (albo tabletek do uzdatniania wody - po drodze przechodzi się dwa razy przez rzekę) i cukierków dla dzieciaków. :)

Po więcej wpisów z gór Atlasu Wysokiego zapraszam na stronę: https://www.zgoramiwtle.pl

Pozdrawiam
Agnieszka
http://www.zgoramiwtle.pl
https://www.instagram.com/pannaaga
"Wprawdzie Bóg wszystko stworzył z niczego, to jednak góry stworzył z okruchów gwiazd." R.E. Rogowski

Powrót do Góry położone za granicą

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości